Długi majowy weekend.

Strona główna

1241436621|%e %b %Y, %H:%M %Z|agohover

Kolejna notka o niczym albo, jesli ktoś woli, o wszystkim.

Długi weekend był trochę szalony, trochę leniwy, ale co najsmutniejsze totalnie nieproduktywny. Zaczął się już w czwartek krótkim przebłyskiem o godzinie 6 rano: "Spaaaać. Nie idę na ćwiczenia!". Była to dosyć genialna myśl, gdyby nie to, że okazja, jaka wiązała się z tymi wagarami, została w pełni zaprzepaszczona (nie oszukujmy się, że przywiązuję jakąkolwiek wagę do obecności na ćwiczeniach). Z postanowieniem intensywnej pracy intelektualnej, która przybliżyłaby mnie do czerwcowego celu, odpaliłam mój archaiczny sprzęt i zabrałam się do przelania mojej wiedzy z zamysłem osiągnięcia magicznej liczby 7 stron przyrostu mojej pierwszej prawdziwej twórczości literackiej. Oczywiście w wieczornym podsumowaniu, oprócz kilkugodzinnych negocjacji z Moim Lubym oraz rodzicami, znalazła się tylko jedna jedyna skromna stronica. Następnego dnia posłusznie ze spuszczoną głową wstawiłam trzy minusy w trzy kwadraciki na liście pod datą 30 kwietnia 2009. Był zatem już 1 maja - Święto Pracy, które postanowiłam uczcić mocnym postanowieniem poprawy. I jak myślicie? Udało mi się postawić choć jednego plusa przy którejś z trzech pozycji planu na pierwszy dzień miesiąca matur? Tu Was zaskoczę - jeden plus się pojawił. Niestety tylko przy pozycji sprzątania miaszkania. Godzina 19-ta minut bodajże 20 pojawił się mój Książę na białym koniu i po herbatce leniwie ruszyliśmy na miasto. Wczesny powrót postanowiłam nadrobić skromną puszką Reds'a. I dzięki Bogu, że go miałam w torebce, bo po powrocie okazało się, że pode mną odbywa się głośna impreza. W samotności sączone "piwko" szybko mnie znużyło, dzięki czemu następnego dnia miałam sporo motywacji do działania. Szkoda tylko, że tego dnia nie miałam w planach pracy twórczej, bo trudno nazwać taką sprzątanie, zakupy i grillowanie. Sobotni maraton zakończył się winkiem i czytaniem przewodnika po Chorwacji. Ostatni dzień majowego weekendu też nie był produktywny. Rozpoczął się od kawki na tarasie z sąsiadką, potem przyjazdem gości na imieniny Mamy, potem był dosyć pośpieszny obiad i powrót do domu po godzinnej sieście. A w Toruniu obowiązkowy prysznic, tony balsamu aplikowane na pierwszą opaleniznę tego roku oraz walka z wieczornym zmęczeniem. Bilans weekendu? 2-3 strony. Marnie, ale dziś też jest dzień.
Jak widać na załączonym "obrazku", planowanie wychodzi mi całkiem podobnie jak jego brak. Może więc nie warto marnować długopisu na stronicach kalendarza i warto oddać się wewnetrznej spontaniczności?

Dodaj nową wypowiedź
lub Zaloguj się jako użytkownik serwisu Wikidot.com
(nie będzie opublikowany)
- +
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License